Internowanie majora Hubala

Autor: Zdzisław Antolski, Gatunek: Proza, Dodano: 31 stycznia 2014, 22:38:10

Pamięci Ryszarda Miernika, pisarza i rzeźbiarza z Suchedniowa w Górach Świętokrzyskich.

 

Ryszard, zwany również Szefem lub Partyzantem, był artystą niezwykle uzdolnionym, a przy tym wszechstronnym. Pisał wiersze i prozę, a także dramaty, śpiewał, recytował, rzeźbił w drewnie, a przy tylu talentach był przede wszystkim urzędnikiem od kultury, kierownikiem wydziału. Ważną figurą na partyjnej szachownicy, jasną gwiazdą na firmamencie władz miejskich. Pomieszczenia wydziału, którego był naczelnikiem, w wielkim, zabytkowym gmachu Magistratu w Rynku, zawsze pełne były artystów.
Mieli tu swoje interesy plastycy i literaci, muzycy i aktorzy, ale także amatorzy ze świetlic osiedlowych i szkolnych, instruktorzy z klubów zakładowych. Pokoi było kilka, najmniejszy, gabinet Szefa, to było jego sanktuarium, niemalże tabernakulum, ciągle zamykane na magiczny złoty kluczyk, który szef trzymał w kieszeni marynarki. Mało kto tam wchodził, nikt nie wiedział, jak gabinet wygląda w środku, tylko osoby zaufane: wielcy artyści ze stolicy, przyjaciele, akolici i adiutanci. No i – oczywiście – zwierzchnicy.
Ale już, wcześniej położona, sala narad, była jedyną taką, gwarną i roześmianą, w całym niekończącym się nigdzie, kafkowskim absurdzie upiornego Magistratu, zaprojektowanego na kształt pajęczyny. Jeśli już wstąpiłeś w jego mroczne, ponure i krzyżujące się ciągle korytarze obiegające budynek, to łatwo ci było się zagubić w tym labiryncie, błądząc przez zapomniane i ślepe odnogi, a także pamiętające cara, tajemne przejścia i łączniki skrzydeł koszmarnego gmaszyska.
Natomiast sala narad Szefa, przypominała bardziej gwarną poczekalnię dworcową, skrzyżowaną z kawiarnią i foyer teatru, niż urzędnicze pomieszczenie. Codziennie, pochylając się nad parującą kawą i puszczając kłęby papierosowego dymu, siedziało tu nawet kilkunastu artystów, zawzięcie dyskutujących o ostatnim wernisażu albo przygotowujących nowy katalog, druk okolicznościowy, czy gazetę jednodniową. Inni wpadali, żeby sprzedać swój obraz, dowiedzieć się o stypendium, czy zapomogę, a jeszcze inni, żeby kogoś znajomego spotkać i pogadać. Istna giełda pracy i burza artystycznych pomysłów.
Wstępnej selekcji tego towarzystwa dokonywał, już w sekretariacie, pan Darek, wysoki, przystojny, elegancki i arystokratycznie szpakowaty pan, który zawsze trzymał fason. Nie pił, nie palił, nawet jak Szef sobie z ważnym gościem pozwolił po kieliszku, to pan Darek nie przełknął ani kropli, wszystkie papiery miał uporządkowane, pamiętał o każdym ważnym terminie, czy to narady, czy uroczystości państwowej. Zawsze w pogotowiu, gotów na ewentualną kontrolę. Był istotnym uzupełnieniem wiecznie natchnionego, roztargnionego i rozczochranego Szefa-artysty.
Do pracy przychodził codziennie w nienagannie skrojonym garniturze z kamizelką i pod gustownie dobranym, do koloru koszuli i butów, krawatem, z papierosem marlboro za uchem. Nigdy go nie zapalał, tylko z wielką przyjemnością wąchał, ugniatając przy tym palcami. A kiedy papieros był już dostatecznie wyświechtany i tracił aromat, wtedy Darek wymieniał go na nowy u jednego z gości Urzędu. Był przy tym dla każdego ujmująco grzeczny i uprzejmy, choć równie stanowczy, kiedy trzeba było odmówić lub poprosić o przyjście w innym terminie. Bo teraz, w tej chwili, narada, wyjazd lub ważne spotkanie.
Bezpośrednio pod ręką, do pomocy, Ryszard miał dwóch młodych, rosłych instruktorów. Często z nimi, samotrzeć, jak w balladzie Mickiewicza, przemierzał miasto, spiesząc na jakąś imprezę kulturalną lub uroczystość połączoną z akademią. Przypominali wtedy z wyglądu fotografię Marszałka Piłsudskiego, który energicznie i majestatycznie kroczy do Sejmu, w towarzystwie Wieniawy i drugiego adiutanta. Zwłaszcza jeden z nich, Adam, dysponując fantazją, mocną głową i powodzeniem u kobiet, zasługiwał na miano naszego „Wieniawy”.
Sam Szef, nie wychodził na miasto bez skórzanej torby na ramieniu, w której trzymał swoje bezcenne notatniki, ewentualnie, jako dodatek, flaszkę czegoś mocniejszego. Takie torby, raportówki na ramię, większe lub mniejsze, były wówczas modne, nosili je wszyscy zbuntowani, niezależnie myślący. Dzięki temu odróżniali się od prawomyślnych, zahukanych urzędników, którzy teczki nosili w ręku.
U Ryszarda, w sali narad, można było spotkać awangardowego poetę, Henryka, w skórzanym serdaczku, pykającego fajeczkę, a także scenografa i literata – Jana, ubranego zawsze z angielską elegancją, który za działalność antykomunistyczną odsiedział swoje w stalinowskich więzieniach. Wpadała też pani Tekla, która publikowała swoje wspomnienia z młodych lat, kiedy była prześladowana przez władze sanacyjne za działalność komunistyczną.
Najwięcej przychodziło plastyków. Sędziwy i gadatliwy pan Adolf, w młodopolskim czarnym kapeluszu i pelerynie. A następnie pan Krzysztof, nazywany przez Szefa „Marchołtem grubym a sprośnym”, a to z powodu rozczochranej brody i rubasznego malarstwa.
Szef kochał wszystkich artystów, a gdyby mógł, nieba by im przychylił. Oczywiście nieba wernisaży, występów, nowych książek, spektakli, festiwali, koncertów i spotkań autorskich. Nie cierpiał natomiast drobnomieszczaństwa, bezmyślnej egzystencji, polegającej na czystych firaneczkach, schabowym po kościele i połykaniu partyjnej propagandy sączącej się z radia, gazet i telewizji.
- Myśl synku, myśl samodzielnie – mówił do mnie. – Nie możemy siedzieć tylko z założonymi rękami. Trzeba tworzyć, na ile się da, myśleć i pisać bez cenzury. Wykreślą, to wykreślą, ale w głowach niczego wykreślić nam nie mogą. Życie mamy tylko jedno, trzeba je przeżyć pełną piersią, wypowiedzieć się do końca, wykochać, wyszaleć, wyszumieć, wypisać… Wszyscy nie udamy się na emigrację do Londynu, gdzie starsi panowie wspominają przedwojenną „Ziemiańską”. My mamy swoje knajpy, robotnicze: „Jodłową”, „Świętokrzyską”, „Europę”. Tu musimy chlać i tworzyć własną legendę, a nie żyć cudzym życiem.
Siedzieliśmy więc w kąciku, ja i Józek, paląc papierosy sporty i pijąc kawę. Byliśmy początkującymi poetami, właśnie niedawno ukazał się almanach „Bazar poetycki”, a w nim nasze wiersze. W Klubie Dziennikarza była huczna promocja połączona z popijawą. Stałem się kolegą Ryszarda. Samego słynnego Szefa.
Józek był moim kolegą ze studiów, bardziej doświadczonym literacko. Dzięki Szefowi wydał zbiorek wierszy. Nie mieliśmy w naszym mieście wydawnictwa, ale Szef, jak umiał, po partyzancku obchodził przepisy. Nie wolno było na przykład wydać książki, ale można było opublikować arkusz poetycki przy miesięczniku kulturalnym, katalog, almanach, instrukcję obsługi, więc wydawał, ile tylko przepisy mu na to pozwalały. Mógł drukować plakaty, więc ukazywały się ogromniaste „plakaty poetyckie”, na których widniały wiersze młodych poetów. Przyszliśmy tu Józkiem gnani ciekawością, chęcią ujrzenia ważnych postaci, żeby pogadać, popatrzeć na sławnych artystów, dowiedzieć się, co w trawie piszczy.
Sam Szef pisał bez przerwy, w każdej wolnej chwili, nawet podczas narad urzędniczych czy nasiadówek partyjnych, bo przecież nie miał wyjścia – do partii należeć musiał, inaczej by go tu nie było. Choć do towarzyszy partyjnych miał wiele dystansu, kpił z nich w żywe oczy i poza oczyma również. Ideowo wychowany przez przedwojenne harcerstwo, czuł się partyzantem od „Barabasza”, z akowskiego oddziału o nazwie Wybranieccy. A któż to był, ten sławny „Barabasz”? Toż to rodak Szefa, z Suchedniowa, miasteczka w Górach Świętokrzyskich. Jeden z czwórki „kieleckich skamandrytów”, jak ich nazywano. Tuż przed wybuchem wojny wydali zbiorek wierszy „Gołoborze”, a potem rozpierzchli się po świecie.
Było jednak dwóch najlepszych przyjaciół Szefa, można powiedzieć „faworytów” albo zauszników, których zawsze przyjmował roześmiany, z otwartymi ramionami. Pierwszy to Jurek rzeźbiarz, z którym Ryszard potrafił godziny całe przesiedzieć i przegadać o sztuce, o rzeźbiarstwie, a także o życiu. I drugi, Andrzej, mający niebywały dar celnej riposty w rozmowie, dzięki czemu potrafił osadzić w miejscu najbardziej prymitywnego chama lub przemądrzałego ignoranta. Dla nich Szef zawsze znalazł czas, oczy robiły mu się takie ciepłe, roześmiane figlarnie, a dłonie same szukały kieliszków, żeby spotkanie z przyjaciółmi odpowiednio uczcić.
Ileż to było tych wspólnych biesiad, ognisk, czytania wierszy, nocnych dyskusji? I zawsze towarzyszyły im pieśni partyzanckie, wspominanie Hubala i Barabasza, a także zamęczonych przez hitlerowców mieszkańców wsi Michniów. Gdy spacerowałem z Szefem główną ulicą miasta, to nie mogliśmy spokojnie rozmawiać, gdyż z lewa i z prawa, z przodu i z tyłu co chwilę rozlegało się gromkie – Dzień dobry, panie Ryszardzie! Hej, stary, co słychać? Cześć! Jak się masz? Witam! Kłaniam się nisko Szanownemu Panu! Pozdrawiam!
Kiedy „wybuchła” Solidarność”, Szef odżył, wreszcie mógł pisać, co myślał i czynił to ku wyraźnemu niezadowoleniu przełożonych. Latami gromadzone spostrzeżenia na temat ułomności naszego życia, publikował wreszcie, bez ingerencji ogłupiałej cenzury. w oficjalnych gazetach i różnych powielaczowych wydawnictwach. Krzywo na to patrzyli towarzysze partyjni, ale nie podobało to się też kilku solidarnościowcom, którzy mieli Szefowi za złe długoletnią przynależność partyjną.
Ryszard się tym nie przejmował, po pracy, a także w soboty i niedziele rzeźbił w wielkim klocu drewna, przywiezionym z Puszczy Jodłowej, pomnik Partyzanta – symbol niezawisłości i buntu tej Krainy. Była to postać najbardziej przypominająca sławnego Hubala, ale zza jego pleców, z pomniejszych drzew, wyłaniali się powstańcy styczniowi i „Szary”, który tuż po wojnie rozbił więzienie ubeckie i ksiądz Ściegienny, i wszystkie niespokojne duchy i zbóje, jacy zawsze zamieszkiwali w Górach Świętokrzyskich. Wtedy nadszedł stan wojenny i wszystko się skończyło, ale Ryszard jakby tego nie zauważał, nie przyjmował wcale do wiadomości.
I w pewną noc, w pierwszych dniach stanu wojennego, kiedy patrole wojskowe chodziły po cichych ulicach, przywiózł samochodem kolegi, swojego jodłowego Hubala, z jego przybocznymi leśnymi duchami i, nie zauważony przez sennych, zmęczonych żołnierzy, postawił go na Rynku, naprzeciw okien Urzędu, gdzie sam przepracował dwadzieścia lat.
Jakież było zdumienie przechodniów, a także partyjnych i wojskowych bonzów, kiedy rano ujrzeli dumnego Pierwszego Partyzanta w otoczeniu Duchów Gór. Rzeźbę ustawiono bez pozwolenia władz, gromadzili się pod nią ludzie, składali kwiaty zakupione u okolicznych handlarek, śpiewali pieśni patriotyczne.
Nielegalne zgromadzenia, zamęt i nieporządek w mieście wojewódzkim! Zaraz zaczęły się nerwowe telefony na wszystkich szczeblach władzy, wokół pomnika pojawiły się ciężarówki wojskowe, a całe dzieło zostało wkrótce przykryte plandeką i wywiezione w nieznanym kierunku. Ludzie szeptali, że generał Jaruzelski internował partyzanta Hubala. Jedni się śmiali, inni płakali, jeszcze inni przyspieszali kroku, odwracając głowy w drugą stronę.
Ryszard przypłacił swój patriotyczny happening utratą stanowiska i zesłaniem do podrzędnego domu kultury, gdzie ja również, już wcześniej (z jego poręki) pracowałem. Został zwykłym instruktorem, szarym pracownikiem resortu kultury. Po tylu latach brylowania u władzy, był to spektakularny upadek. Szef mocno go przeżył, postarzał się i przygasł, ale z drugiej strony, ucieszył się, że będzie miał więcej czasu na pisanie i rzeźbienie. Nadal otaczali go wierni przyjaciele i nieraz biesiadowaliśmy po pracy, a ja, jako najmłodszy, musiałem biegać do pobliskich Delikatesów po butelkę „żytniej”.
Jednak coś w Szefie umarło, przygasło, nie miał już tej wiary, co kiedyś, tego entuzjazmu i zapału, tej radości życia w oczach. Stał się nieufny wobec ludzi, wierny pozostał tylko starym przyjaźniom. Pierwsze wolne wybory i potem ogłoszoną niepodległość, przyjął sceptycznie, a nawet z pewną dozą nieufności. Przyglądał się tej nowej Polsce uważnie, a swoje krytyczne uwagi notował odręcznie w grubych kajetach.
Pomnik Hubala, wywieziony przez wojsko w stanie wojennym, mimo intensywnych poszukiwań, nie został odnaleziony. A Ryszard, choć namawiany przez przyjaciół, nigdy nie wyrzeźbił go na nowo.

Komentarze (7)

  • Internowanie Hubala świetne!

    (Nie mogę się przyzwyczić do czasu przeszłego wobec Ryśka. A przecież dzieckiem prawie byłam, gdy dowiedziałam się po raz pierwszy o pogromie w Kilecach, z jego książki.)

    • Szel _
    • 31 stycznia 2014, 23:03:19

    hmm
    wiesz Dziniu
    pomnik Ryszarda skojarzyl mi sie z tym teraz

    postawionym w gadnsku noca przez mlodego zezbiarza((ech ta moja pamiec)
    nie pamietam nazwiska
    w kazdym badz razie przedstawial wyzwoliciela rosyjskiego żolnierza
    ktory gwalcil matke polke
    tez zostal zdiety
    co dalej z artysta
    nie wiem ?

  • Dzięki, dziewczyny...

  • Przeczytałem z dużą przyjemnością. Dziękuję.

  • Dziękuję za czytanie.

  • Klasa sama w sobie.

  • Przesadzasz, Mariusz.
    Wklejam tu, bo świetnie można wyłapać błędy, a czytelnicy pomagają.
    Szel wykryła jeden błąd stylistyczny, a ja sam wyłapałem jeszcze kilka.

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się