Ostatni hipis

Autor: Zdzisław Antolski, Gatunek: Proza, Dodano: 22 lipca 2013, 11:19:48

- Polska powinna wypowiedzieć Stanom Zjednoczonym wojnę, a potem szybko, po dwóch dniach, skapitulować. Ten kabaretowy dowcip, podobno autorstwa Jana Pietrzaka, wówczas jeszcze świeży, krążył po stolikach w Klubie Dziennikarza i w teatralnej kawiarence „Dziurka”. O Ameryce śniliśmy, o niej rozmawialiśmy, za Ameryką tęskniliśmy. Dobrze, że ten kraj, mocarstwo, choć daleki, ale istniał. Łatwiej było znieść codzienne kłamstwa w telewizji i w gazetach. Przynajmniej wiedzieliśmy, że jest na ziemi kraj, gdzie można mówić prawdę, bez przeszkód.
Jednak nie podobała się nam wojna w Wietnamie i sympatyzowaliśmy z hipisami, którzy przeciwko niej protestowali. Rozumieliśmy też, że komunizmowi należy się przeciwstawiać na każdym kroku. Mieliśmy tylko żal do całego Zachodu, że po zakończeniu drugiej wojny światowej, nie zrobił tego w naszym kraju. Widzieliśmy poza tym, że ci, którzy wojnę ze Stanami Zjednoczonymi prowadzili, a potem skapitulowali, mają się świetnie, a Polska, która podobno należała do zwycięzców, jest biedna i zacofana.
Jednym z symboli Ameryki w tamtym czasie byli hipisi. Chociaż ich protest wydawał się nam nieco naiwny i świadczący o braku zrozumienia zagrożeń ze strony komunizmu, ale cała ich subkultura, piosenki, stroje, narkotyki, a także wolność obyczajowa, robiły wrażenie.
Marka, naszego rodzimego hipisa, poznałem na jakimś wernisażu malarstwa współczesnego. Zawsze przychodził w otoczeniu trzech- czterech młodych i ładnych dziewcząt, więc facetów chętnych do poznania go i zaprzyjaźnienia się, z ukrytą intencją dobrania się do jego niewieściej trzódki, nigdy nie brakowało.

Jeśli jednak któryś z nich liczył na przygodę erotyczną, albo bliższą znajomość z jedną z fanek Marka, wkrótce przeżywał gorzkie rozczarowanie. Dziewczyny bowiem wpatrzone były w swojego mistrza, czy może guru, jak przezywali go zawistni koledzy, świata poza nim nie widziały. Jakby stworzone tylko do zaspokajania jego zachcianek. Obcy mężczyźni mogli dla nich nie istnieć.
Marek nic sobie z tych dziewcząt nie robił, jakby ich nie zauważał. Patrzył niby to roztargnionym wzrokiem wokoło, ale widział wszystko dokładnie, całą salę miał pod kontrolą. Dziewczyny były mu posłuszne, jakby były zdalnie kierowanymi robotami, za pomocą jakiegoś ukrytego urządzenia, a może porozumiewali się za pomocą telepatii? Wystarczyło, że Marek mruknął coś od niechcenia, albo wykonał jakiś gest, którego postronny obserwator nawet nie zauważył, a już jedna z dziewcząt z orszaku usłużnie i milcząco wykonywała jego polecenie. Czy było to podanie mistrzowi tacy z lampkami z winem, czy podanie ognia do papierosa, albo podejście do kogoś ważnego, aby go sympatycznie zaczepić, zagadać, bo Marek chciał go akurat poznać.
Ubrani wszyscy byli w obszarpane dżinsy, kolorowe bluzki, w jakichś koralikach, chustach, barwnych sweterkach, z nieodłącznymi pacyfkami.

Marek wówczas, w połowie lat 70. mógł mieć koło trzydziestki, ale wyglądał młodziej. Szczupły, wiotki, zgrabny, z rozbieganymi oczami, ciągle coś załatwiał, kupował, sprzedawał, poznawał ludzi ze sobą. Był chodzącą księgą adresową osób, które warto znać, którzy coś znaczą w naszym mieście, czy to w urzędach, czy w sztuce, a nawet w biznesie. Uwielbiał kontaktować ich ze sobą.
Okresowo, chyba na wyjazdy w Polskę, zapuszczał potężną, szpakowatą brodę. Z tak ozdobioną twarzą wyglądał jak prorok, jakiś nawiedzony Rasputin. Niektórzy żartobliwie porównywali go do Charlesa Mansona. Wzrok miał rzeczywiście przeszywający. W przedwojennych powieściach pisano o takim spojrzeniu „pałające oczy”.
Zawsze imponowali mi hipisi, Z powodu umiłowania wolności. Dużo nich czytałem, głównie w tygodniku „Forum”, który zamieszczał przedruki z prasy zachodniej. Jak wszyscy chłopaki z mojego pokolenia, zapuszczałem długie włosy, a potem byłem w szkole pędzony do fryzjera.

Miałem w domu płytę z piosenkami z musicalu „Hair”. często jej słuchałem na adapterze „bambino”. W tygodniku „Forum”, który przedrukowywał artykuły z prasy zachodniej, czytałem wiele socjologicznych analiz ruchu hipisowskiego. Marek potrafił ciekawie opowiadać o polskich hipisach.
Był weteranem tego ruchu. Jednym z jego przywódców w Polsce. Figurował na wielu zdjęciach ze zlotów hippisowskich. Przechowywał je w swoim domowym archiwum.Zachodziłem czasami do niego. Co mnie zdziwiło, mieszkał w domku jednorodzinnym z żoną oraz dwójką dzieci. Bardzo po mieszczańsku.

Słuchaliśmy płyt zespołu „The Doors”, Hendrixa, Janis Joplin. Marek obiecywał, że załatwi dla mnie LSD. Znalazłem się w kręgu, przetwarzanych na domowe sposoby, papierosów na receptę - Astmosan i kropli Inoziemcewa. Marek twierdził, ze próbował „kompotu”, czyli substancji otrzymywanej z maku, ale się nie uzależnił i prędko z tym zerwał. Zawsze koło niego kręciło się kilku akolitów, z którymi wędrował po Polsce i wyjeżdżał do Jarocina.

Dużo wtedy czytałem, z pogranicza psychoanalizy, jogi, buddyzmu Zen: Fromma, Junga, Horney. Interesowałem się Tybetem Pożyczałem dużo książek od mojego przyjaciela, Jasia Walaska, malarza ezoterycznego, który miał całą bibliotekę na ten temat. Zaczytywałem się także książkami Ginsberga, Kerouaca, Dylana Thomasa i innych.
Marek nigdy nie pracował na etacie, ciągle w ruchu, w podróży, w rozjazdach, miał swoje nieznane nikomu sprawy i interesy. Jego żona, postawna i tęga dziewczyna, o oczach ciągle zakrytych przez grube szkła okularów, była mu również ślepo oddana. Dzięki niej prowadził podwójne życie: jako hipis na wyjazdach, a mieszczanin, ojciec dzieciom i posłuszny obywatel, w domu i życiu codziennym. Nigdy nie pracował na stałe, a po zjeździe hipisów z całej Polski w Chęcinach, rozpędzonym przez milicję, był zatrzymany i notowany, więc władze miały na niego baczenie, jako na element wywrotowy, niepewny, w dodatku „pasożyta”.
Żona zarządzała całym domem, zakupami, opłatami, sprzątaniem, remontami, posyłaniem dzieci do przedszkola, a potem chodziła na wywiadówki do szkoły. Miała na wszystko baczenie, kontrolowała sytuację, stała mocno na nogach. Tymczasem Marek często jeździł na zloty hippisowskie po całej Polsce. Od Tatr do Szczecina, od Śląska do Białegostoku, ciągle go gdzieś nosiło. Z podróży przywoził masę zdjęć, wspomnień, opowieści, ale także adresów nowych znajomych, którzy z kolei jego zapraszali na imprezy. I tak to się kręciło. A Katarzyna jak ta niewzruszona opoka – trwała. Przywoził też hipisowskie zbiorki wierszy, wydawane poza pierwszym obiegiem, dla mnie bardzo ciekawe.
Pojawiła się wtedy, w Klubie Młodych Pisarzy przy Domu Twórczym, Danusia, młoda studentka polonistyki, pisząca dobre wiersze, a przy tym bardzo zgrabna i ładna. Miała do mnie zaufanie, traktowała mnie jak własnego ojca. Z jednej strony było to miłe, ale z drugiej przypominało mi o nieuchronnym upływie czasu. Już nie byłem młody, wchodziło w życie nowe pokolenie, a ja byłem dla nich panem średnim wieku. Już nie żartowaliśmy razem, kiedy wchodziłem do sali cichły śmiechy, a młodzież patrzyła na mnie z szacunkiem, a niekiedy z podziwem.
Trochę mi to pochlebiało, zwłaszcza kiedy młode poetki wsłuchiwały się z nabożeństwem w moje rady. A już rozmowa z Danusią była czystą przyjemnością, bo oprócz talentu, miała rozległą jak na swój wiek, wiedzę polonistyczną. Zawiązała się między nami nić porozumienia, duchowego podobieństwa, a może nawet sympatii? Kilka razy byliśmy na kawie z koniaczkiem, toczył się miedzy nami subtelny flirt, pełen aluzji i niedopowiedzeń. Jednak nagle przestała bywać na naszych zebraniach, co napełniło mnie bezbrzeżnym smutkiem i niepokojem. Nikt z młodych ludzi nie wiedział, co się z nią dzieje, a jej telefon milczał,
Przypadek sprawił, że wdepnąłem do domu Marka, bo potrzebowałem pewnej podziemnie wydanej książki, którą tylko on miał w naszym mieście. Jakież było moje zdumienie, kiedy zobaczyłem u niego moją utalentowaną poetkę. Wspólnie z żoną Marka gotowała, zajmowała się dziećmi i sprzątała.
- Dlaczego nie przychodzisz na zebrania naszego Klubu ? – zapytałem.
- Nie mam teraz czasu – odburknęła gniewnie, unikając mojego wzroku. Nie było to do niej podobne, ten arogancki ton głosu, a przede wszystkim dziwiło mnie, że stała się Marka służącą i kuchtą.
- Daj jej, stary, spokój – powiedział Marek. – Widzisz przecież, że dziewczyna nie chce z tobą gadać!
Nie wiem, czy Danusia mieszkała w domu Marka, czy tylko przychodziła pomagać w prowadzeniu gospodarstwa domowego. Ale po tym zdarzeniu nie chciałem już się z nimi widywać. Słyszałem tylko, że zaczęła się leczyć psychiatrycznie, a potem wyjechała z naszego miasta na stałe. Wierszy nie pisze.
Zresztą na czas dłuższy ugrzązłem w polityce, próbując naprawiać świat. Nadrabiałem zaległości w lekturze z czasów komunizmu, w książkach zakazanych, zwłaszcza dotyczących wolności i zniewolenia. Moimi ulubionymi autorami stali się: Hayek i Friedman. Hipisów uważałem za ruch jałowy i dziecinny, który się całkowicie wypalił.
Marka czasem spotykam na mieście, ale udaję, że go nie dostrzegam, patrzę w szybę wystawową najbliższego sklepu lub przechodzę na drugą stronę ulicy. Nie mamy sobie nic do powiedzenia. Co dziwne, prawie wcale się nie zmienił, zachował tę samą młodzieńczą sylwetkę. Może tylko trochę wyłysiał i przybyło mu parę zmarszczek. Czasami przychodzi mi na myśl, że może rzeczywiście posiada jakieś nadnaturalne moce? Jak Rasputin czy Alesteir Crowley?

Komentarze (8)

  • Wciąga jak dobry makaron z dużą ilością sosu pomidorowego :)

  • He he, dziękuję, ładnie powiedziane :)

    • ZiKo .
    • 22 lipca 2013, 13:04:26

    odrobinką anchois i kaparami :)

  • nie zawadzi trochę przypraw :)

  • Oj gawędziarz , gawędziarz

  • Czyta się ,oj czyta:))

  • Ale z tego Marka był numer :)

  • Facet chyba wykorzystywał wszystkich wokoło i niejednemu człowiekowi życie złamał. Od takich to najlepiej z daleka.

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się